sobota, 22 listopada 2008

Wakacje życia- Filip i spółka- część II - W trakcie

Udało się!!!
Dobra tym razem bedzie troche dłużej, chyba :) więc komu herbatke a komu kawke?

Plan na niedziele nie był zbyt skomplikowany, wsiąść do samolotu( oczywiście nie byle jakiego) by pare godzin później (dokładnie 6h) wylądować na lotnisku w Bangkoku. Na tajlandzkiej ziemii stanęliśmy tuż po 23, ale sprawy wizowe zajęły nam jeszcze prawie godzine, także już w poniedziałek o północy opuściliśmy strefę lotniska. Naszczęście wize powrotną do Japonii załatwiliśmy jeszcze w Tokyo oczywiście wszystko w 15 minut i z uśmiechem na ustach pani urzędniczki. Ze względu na porę wokoł lotniska nie wiele widzielismy, zwłaszcza, że szofer z naszego resortu zapakował nas do busa i ruszyliśmy autostradą do naszego celu- DHEVAN RESORT. Ośrodek ten położony jest 220 km od Bangkoku i 12 km od miasteczka Hua Hin. Jako, że cała trasa wiodła autostradą no to założyliśmy, że zajmie nam jakieś 2h. Troche więc zaczeliśmy się niepokoić, gdy nasza podróź trwała już 3h, a przy tym, że nasz szofer nie ablał po angielsku, ale za to cały czas się uśmiechał :) Po szybkiej kontroli okazało się, że gnamy z prędkością maksymalnie 70km/h co dawałoby ponad 3h jazdy. Za oknami ciemno i brudno, co sprawiło, że nasze oczekiwania wzgledem celu diametralnie sie zmieniły... no ale w końcu dotarliśmy na miejsce. Po wczekinowaniu boy resortowy zapakował nas na melex'a i zawiózł pod nasze włościa. Z mapki wynikało, że dostaliśmy wille bez basenu... a więc już w nastawieniu bojowym szykowałam sobie wiązankę na wypadek jak nie zobaczę przed moim domkiem basenu, który oczywiście był w rezerwacji...Ale gdy tylko weszliśmy na teren naszej willi odjeło nam mowę, z otwartymi buziami zwiedzaliśmy nasz raj :) I chyba właśnie w tym momencie minęła nam złość, że podróż trwała tak długo... Zreszta zobaczcie i ocencie sami :)








Ale co by nie tracić kolejnego dnia odsypiając tę noc, położyliśmy się spać, aż żal było zwijać te dekoracje :) nic dodac nic ujac poprostu Heaven :)

W poniedziałkowy poranek, udaliśmy się na śniadanko, oczywiście także w niesamowitej scenerii. Śniadanie typowo kontynentalne, tylko aż mi sie flaki przewracały jak chłopaki wciągali jajko po wiedeńsku... ochyda... za to świeżutki arbuz, melon, ananas czy banany to coś co bagienka lubi najbardziej. Po śniadanku, oczywiście obowiązkowa kąpiel w tymczasowo własnym basenie :)






Z naszego resortu do plaży na otwartym oceanie bylo 12 km, busy kursowaly 5 razy dziennie, jak sie okazało wystarczająco. W poniedziałkowe popołudnie ruszyliśmy więc na plaże. W miasteczku przy plaży widać bylo prawdziwa azje, brudno, szczury na ulicy, sklepiki i stragany w każdym możliwym miejscu.



Uwaga Uwag będzie drastyczne zdjęcie!! Chyba się o coś założył i dał se głowe uciąć :)



A tak na serio tylko mu się przysneło :) Oj błogi musiał mieć sen..

Mimo, ze niebo pokryte było chmurami, to odczuwalna temperatura oscylowala w granicach 35 stopnii. Piasek na plaży oczywiście bialutki i gorący, znaleźliśmy miejscówke pod palemką, która sprezentowala nam ogromnego kokosa. Dobrze, że spadł zanim przyszliśmy, bo można by to przypłacić życiem :)



No a woda może i nie była lazurowa, ale za to cieplutka i czysta :)





Jak to na turystycznej plaży, zaraz pojawili sie "akwizytorzy" od wszystkiego :)




Chłopaki nie omieszkali skorzystać z pierwszego tajskiego masażu :)



Wprawdzie był mało profesjonalny, ale cóż każde odprężenie na plaży pod palemką jest dobre.

Po małym relaksie trzeba było ugasić pragnienie lokalnym trunkiem, czyli sokiem z kokosa, który zdecydowanie różni się od tych dostępnych w polsce.




A, że apetyt rósł w miare kosztowania kolejnych przekąsek, wybraliśmy się do miasteczka w poszukiwaniu tutejszych specjałów by zapełnić troche żołądki. Chłopaki zamówili "cioto" ostre tajskie zupy, ja asekuracyjnie pizze co by nie przeżywać męczarni dwa razy, jedząc i później w toalecie :)

Po powrocie do resortu oczywiście obowiązkowa wieczorna kąpiel w basenie i zasłużony odpoczynek po dniu pełnym wrażeń. A kolejny zapowiadał się nie mniej ciekawie...



Pobudka wczesnym rankiem, śniadanie, kąpiel w basenie i wyjazd na safarii :) Czyli niecodzinne spotkanie ze słoniem. O 11 zwarci i gotowi czekaliśmy w lobby, a przy tym chłopaki genialnie udawali, że czytają gazete :)



Szofer prosto z resortu zabrał nas do Krainy kości słoniowej. A tam już czekały na nas zaprzężone konie, yy słonie :)





Sama przejażdżka trwała jakies 45 minut, oczywiście z przerwą na handel :) Oczywiście przeżycie niesamowite zwłaszcza, że nasi przewodnicy pozwolili nam dosiąść słonia i powiedzmy nim "kierować"... bo oczywiście było dla nas jasne, że słonie te pewnie już kilkanaście lat maszerowały ta trasę wożąc na swoim grzbiecie turystów żądnych wrażeń i nie znają tą trasę doskonale. Nie mniej jednak uczucie fantastyczne.
















Po przejażdźce już na nas czekały napoje kokosowe i owoce na przekąskę.




Oczywiście chętnych do jedzenia było więcej...



No i musze przyznać, że wytresowane są niesamowicie, bo które głodne zwierze odróżni skórkę od ananasa od tajskiego banknotu? No i tym sposobem skórka do buzi, a pieniążki do opiekuna :)



No i za to należało nam się po buziaku :* Można powiedzieć, że to lepsze niż peeling ;)





Oczywiście pokazy i kradzieże wszystkiego co zjadliwe trwało dopóki nie opuściliśmy kawiarenki. Na dowidzenia słonio miał się ukłonić, tylko chyba strony mu się pomyliły ;)Ale i tak zaprezentował się fantastycznie, nieprawdaż..



Tymczasem w resorcie już czekali na nas z profesjonalnym masażem, po którym chłopaki już ani razu nie dali się namówić na masaż ani na plaży ani w mieście. W trakcie masażu w naszej willi panie przygotowały nam czekoladowe fondue z owocami oraz tajską herbate.



Tego samego wieczoru zaplanowaliśmy sobie kolacje też z owoców, ale tym razem owoców morza.




Chłopakom chyba coś zaszkodziło, bo po kolacji podczas wieczornego pływanka w naszym ogrodzie odbywały się walki sumo, które z reguły kończyły się w wodzie :)




A na koniec dnia dla odprężenia pływanie synchroniczne męskiej dwójki :) no i trzeba przyznać, że całkiem nieźle im wychodziło.. z małymi wyjątkami :)




Tak koleny wieczór upłynął nam na basenowych wygłupach. Nawet odwiedził nas borat, ale niestety zdjecie w slipkach nie nadaje się do publikacji ;)




Następnego ranka wkońcu chłopaki wstali wcześniej, żeby iść pobiegać. Jakież było moje zdziwienie, gdy wrócili z łupem w postaci wielkiego świeżego ananasa :) Biegnąc w kierunku plantacji bananów zostali pogonieni przez watache psów, ale już przy drugiej zastali pracujących robotników, którzy podzielili się swoim zbiorem. Niestety nie mieliśmy odpowiedniego osprzętu, żeby rozbroić nasze zdobycze kokosowo-ananasowe. Także ananas spędził sobie reszte naszego pobytu w lodówce. Potem nawet został przetransportowany do bangkoku, ale że walizki nie spełniała już norm wagowych został porzucony w bangkokowym hotelu.

Po śniadaniu wybraliśmy się na inną plaże, tym razem przynależącą do naszego resortu. Co było fajne to brak tłumów turystów, oczywiście wiązało się to z porą deszczową jaka właśnie panowała w tajlandi :) A na plaży w sumie to samo co u nas, za wyjatkiem czystej wody i palm :)





Poopalaliśmy się, popływaliśmy i rodzinnie zbieraliśmy muszelki.. :)




W przy plażowej knajpce zjedliśmy lunch i poraz kolejny małżowej potrawy nie dało się zjeść, bo była cioto za ostra :) To więc trzeba było podjadać sąsiadowi.



..no i kto powiedział, że miejsce psa jest w budzie?? bo tutaj chyba tego nie wiedzą :)



"Najedzeni" wybraliśmy się na zwiedzanie miasteczka i poszukiwania kuli ze śniegiem dla Nataszy, co by nie wyrzuciła taty z domu. Po drodze nie mogliśmy minąć lodziarni Hagen-dazsa oraz sklepu esprita :)




Po owocnych poszukiwaniach i kilku rundach na pobliskich targowiskach, zmęczeni aczkolwiek szczęśliwi wróciliśmy do naszego domku na zasłużony odpoczynek przed wyjazdem do Bangkoku.
Ostatni ranek upłynał nam na kąpieli basenowej i próbach zabawiania czarno-białego gapowicza na naszej posiadłości, który niestety nie był skory do zabawy... nie to co maurycek... :)





... i nawet nie pomogła magiczna papierowa zabawka, która na każdego normalnego kota zadziałałaby jak płachta na byka ]:->




Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i nasz pobyt dobiegał końca, jeszcze tylko trzeba było dobudzić Mr Happy Hour :)




Więcej szczegółów na żywo, co byśmy mieli o czym opowiadać po powrocie ;)

Sprawozdanie z wizytacji Bangkoku w następnej odsłonie, a kiedy to się okaże, bo teraz to już myślami jesteśmy w domu na świetach.

poniedziałek, 17 listopada 2008

Wakacje życia- Filip i spółka- część I- Tuż przed

W tak pieknych okolicznościach przyrody... i niepowtarzalnej...siedzą, nic nie robią, czasem ktoś papierosa zapali, nic się nie dzieje...zupełnie jak na tym blogu ]:-> Ale już przyszła pora, żeby to zmienić, oczywiście wpłyneły na to pewne okoliczności.. :)

Czas nadrobić zaległości. Za tydzień minie miesiąc od przyjazdu Filipa do Tokyo, a od tego czasu tyle się działo :)
Cały miesiąc przygotowań do wakacji minął oczywiście błyskawicznie. W sobotni ranek szanowny małżonek wyjechał po swojego przyjaciela na lotnisko, co by już bez przygód trafił we właściwe miejsce. I tak zaczęły sie WAKACJE NASZEGO ŻYCIA :)
W końcu w godzinach popołudniowych dotarli do naszego mieszkanka, oczywiście opowieści o odwołanym locie, podroży taksówką z jednego lotniska w Londynie na drugie i nadbagażu nie było końca, by w chwile potem okazało się, że mamy 4 kg cukierków mieszanki Wedlowskiej, 4 ogromne pudelka pstasiego mleczka, 5 tubek pasty do zebów (zaznaczam, że poprosiłam o jedną :), które suma sumarów ważyły chyba 10 kg a więc i cały nadbagaż :) Szybki przegląd polskich slodyczy i możemy iść na obiad, którego oczywiście niewiele zjadłam, najedzona czekoladkami.
Pierwszym daniem dla Filipa w Japonii było Tonkatsu- rodzaj kotleta schabowego w panierce a'la KFC smażony w wysokim oleju, podawany z posiekaną kapustą i oczywiście sosem sojowym- poprostu OISHI.



Plan na sobotę był następujący, zjeść coś japońskiego-zaliczone patrz wyżej, zrobić runde po mieście-zaliczone patrz niżej, zrobić rundę po sklepach- patrz jeszcze niżej, przypadkiem zobczyć coś nowego- patrz dużo poniżej oraz spakować się albo przepakować i przygotować się albo odpocząć przed podróżą do Tajlandii :)





Powyżej ukryte w zegarze cymbałki i ich dj-eje :)

To tyle na dziś, ciekawe czy zdążyłam ;) Jutro częśc druga i nie ostatnia. Trzymajcie kciuki, może się uda!

sobota, 25 października 2008

Rutyna

Minęły już 3 miesiące jak tu jesteśmy..czyżbyśmy popadli w rutyne? Może po części...Dni mijają szybko, praca, dom, praca, dom.. w ciągu tygodnia w zasadzie tylko dwa dni mamy na obcowanie z innością tego kraju. W biurze prawie tak jak w Polsce, każdy przed swoim kompem, chociaz jest wrażenie, że jakby mniej ze sobą rozmawiają, no i raczej nie ma prywatnych tematów. Oczywiście znajdują sobie okazje do wspólnego wyjścia organizując poprostu party :)

Tym razem było przyjęcie pożegnalne dla Miyuki i Yenny. Miyuki- rodowita japonka w pogoni za mężczyzna opuszcza swój kraj dla norwegi, teraz już wiemy, że i tak pierwsze tygodnie w europie spędziła niespodziewanie w Polsce :)

Miyuki


Z kolei Yenny jest rodowitą kolumbijką, która spędziła w Japonii pół roku na programie Bridge the World do którego przystąpiła z biura w Oslo, na dokładkę jest związana z belgiem, który mieszka na stałe w Japonii. Troche mają skomplikowana sytuacje, ale jak to mówia miłość zniesie wszystko :)

Yenny i Andreas


Miejsce party nie było trafnym wyborem, rzadko się to spotyka w japonii ale tym razem wyszliśmy głodni.. jak tylko kelner przyniósł jakieś danie, wszyscy pałeczki w dłoń i po 10 sekundach już nic nie było na talerzu..



Także była dobra okazja by pójść na karaoke i jeszcze przy okazji coś przekąsić.



Niewątpliwie największym talentem okazał sie Andreas, czy to rap, czy to pop nieźle dawał rade.


Ale jak to dobrze, że po piątku przychodzi sobota i można zregenerować siły na kolejny tydzień :)
Tym razem przyszła pora na Meguro i Ebisu. Wprawdzie pierwotnym celem była Polska Ambasada, ale jakoś tak się złożyło, że tam nie dotarliśmy, ale znaleźliśmy inne ciekawe miejsca.

Nie ma to jak dokładnie zaparkowane auta, normalnie mistrzowie kierownicy.

W jednym stały garażu...




Dzielnicowa architektura

Standardowe, czyli Wysokie



Starodawne



Nowoczesne



No i oczywiście schody


Niedzielne popołudnia należą zdecydowanie do parków. Niby cisza spokój, blisko natury, niestety nie w Japonii. Tłumy ludzi, festyny, przebierańcy, różnego rodzaju zepsoły muzyczne, no i co za tym wszystkm idzie hałas. Tak właśnie wygląda Yoyogi park w niedzielne popołudnie.





Nie dajcie się zwieść pozorom, tak nie chodzą ubrane japńskie kobiety.. to był facet :)


Ale jak to w każdym parku można znaleźć miejsce odosobnienia.



Z kolei w Meiji-jingu Park, zamkniętej części Yoyogi park, można znaleźć więcej takich cichych miejsc.



Jak to przy świątyni zwykle bywa, wszyscy piszą życzenia..


No i my jako prawie tutejsi, podążylismy ich śladem.





Tak się zastanawiam, czy bym chciała, aby każdy wycierał buty o twarz mojego psiaka..


Już niebawem relacja z Tajlandii, może w końcu będę na bieżąco :)

niedziela, 21 września 2008

Mućki w Tokyo.

Niestety ostatnio długo mnie tu nie było, a działo się jak zwykle wiele. Wprawdzie troche sie pogubiłam co było kiedy, ale to chyba najmniej ważne :)
W kolejnym wekendzie po wypadzie do Hiroszimy zbieraliśmy się przez dwa tygodnie, żeby zobaczyć wystawe łaciatych.

73 mućki przyjechały do Tokyo poraz trzeci. W Polse wystawa krów gościła w Warszawie w 2005 roku, a więc co niektórzy mogli się z nimi spotkać.

Pierwsza mućkę pomalował w 1998 roku Pascal Knapp, obecnie są one malowane przez różnych artystów oraz dzieci. Część z nich po zakończeniu wystaw zostaje u sponsorów, a pozostałe zostają zlicytowane na aukcjach charytatywnych.

Oczywiście jak na świetnie "zoorganizowanych" turystów nie zabraliśmy mapy, na której zaznaczone były wszystkie miejsca pasących się krów.
No i tym sposobem, nie udało nam się zobaczyć wszystkich okazów. Ale można powiedzieć, że obejrzeliśmy 3/4 bydła :)

Oto najciekawsze okazy.

Pora obiadowa, wprawdzie zakaz stoi, ale kto wie czego dotyczy :)



Chyba ktoś mi przyprawia rogi...



A mi się wydawało, że to z kapelusza wyciągało się króliczka :)






Ponury żart albo szara rzeczywistość :)


Eee a gdzie gra wstępna?!



Humanitarna krowa



My w lustrzanej łącie



Ślicznota



Krejzolka



Perwers



Reszta bydła na picassie :)

środa, 17 września 2008

Miyajima- ostatni dzień weekendu w Hiroszimie

Kolejny dzień w Hiroszimie zapowiadał się zdecydowanie mniej smutno. W samym mieście zobaczyliśmy wszystko co mogliśmy zobaczyć. Tego dnia nasz cel padł na Miyajime- jedno z trzech japońskich miejsc tradycyjnie uznawanych za najpiękniejsze. A więc zostały nam jeszcze dwa do odwiedzenia, ale na wszystko przyjdzie pora :)

Miyajima w tłumaczeniu dosłownym znaczy "wyspa sanktuarium", no i nic dziwnego bo jest tam oczywiście mnóstwo świątyń. Główna olbrzymia czerwona brama "torii", wyglądająca jakby unosiła się nad wodą, jest w równym stopniu symbolem Japonii, jak wulkan Fudżi. A więc dwa symbole zaliczone :)

Rano szybka pubudka, kontynentalne śniadanko w hotelu i wymarsz na stacje.
Nasz pokój hotelowy, nie pytajcie dlaczego dwa osobne lóżka bo sami nie wiemy :)



Aby dotrzeć na te wyspę, należy skorzystać z pociągu/busa no i oczywiście promu. My jakos zaprawieni w podróżowaniu koleją, wybraliśmy pociag. Po ok 25 minutowej przejażdzce dotarliśmy do stacji Miyajima, oczywiście była to dobra okazja na małą partyjke Tomb Raidera w wersji japońskiej ;)



Ze stacji szybko na przystań by jak najszybciej znaleźć się na wyspie.




Podróż promem trwała zaledwie 15 minut, ale oczywiście można było podziwiać krajobrazy, które znajdowały się wokół.




Cel dnia osiągnięty.



Po zejściu na ląd i opuszczeniu przystani nasze oczom ujrzały pierwszego samca sarny- OSŁA ]:-> co nie A.J? Dobra dobra nie będe żartować bo jeszcze urodzisz :) Chociaż może i powinnam, bo już czas.



Jak się za chwile okazało nie było to ostatnie spotkanie z Deer'em. Było ich tam całe mnóstwo i nie daj boże zaszelecić siatką... ma się kompana na całą wycieczkę po wyspie :)

Oczywiście trzeba było uważać na wszystko, bo jakby nie było rogacze potrafią przetrawić nawet celuloze. Przekonał się o tym turysta, który po kilkusekundowej szarpaninie został z kawałkiem mapy w ręku. Dodam, że był to mniejszy kawałek :)






Po zapoznaniu się z prawami rządzącymi na wyspie, postanowiliśmy nie kupować mapy, tylko szybki rzut oka na makiete z planem i ruszyliśmy zwiedzać.



Głównym celem była oczywiście brama, ale żeby dotrzeć do najbliższego miejsca, gdzie można ją zobaczyć trzeba odwiedzić Itsuksushima Jinja- Chram.

Blisko



Bliżej



Coraz bliżej



Oto i Ona, oto i My :)



Oczywiście po drodze były następne deer'y... czyżby instykt u małżonka się odezwał ;)




W końcu dotarliśmy do Chramu.



To sanktuarium poświęcone zostało trzem boginiom, córkom sintoistycznego boga Susanoo. Otoczone jest pięknymi krytymi przejściami, dachy pokryte są słomą, a wszystko wykonane jest w drewnie. Z "okapów" (nie mylić z tymi z waszych kuchni) zwisają rzędy latarń, które palą się tylko w czasie uroczystości. Cały budynek stoi na palach bezpośrednio nad powierzchnią morza i w czasie przypływu wygląda jakby się unosił na wodzie. Gdy jest odpływ wygląda jakby stał na wielkich moczarach ;) nie mylić z bagienkami!







Słynna brama znajduje się 160 m od chramu, ma wysokośc 16 m i także wykonana jest z drewna. Zarówno brama jak i chram pomalowane są na intensywny kolor pomarańczy, co by nikt nie przegapił tego miejsca.






Po ochach i achach pomaszerowaliśmy na plaże, ale jako, że nikt się nie kąpał porobilismy pare fotek i udaliśmy się w poszukiwaniu bardziej ustronnych miejsc.



Oczywiście brama położona w najbardziej strategicznym miejscu widoczna jest z każdego miejsca :) Profil nr 8



No i mostek, czyli to co Bagienka lubi najbardziej... szkoda, że jeszcze schodów w tle nie było :)



Tak dotarliśmy na huśtawki i jak to duże dzieci nie mogliśmy przegapić takiej okazji :)




Docierające zapachy z pobliskiej knajpki przypomniały nam, że czas na przekąskę. Ice creams. W pobliżu znajdował się tylko jeden jeleń, ale nie był, aż taki namolny jak te przy przystani.



W nagrode podzieliłam się swoim wafelkiem... ale jak to mówią nie ma nic za darmo :)



Najpierw krótka instrukcja jak pozować...i...


...oto efekt :)



Po odpoczynku ruszyliśmy w wyższe parte lasu.



I tak dotarlismy do miejsca kolejnego odpoczynku :) Oczywiście widoczek był na pomarańczową bramę.




Znalazło się i piwko przemycone na wyspę.




Kolejny cel -Pagoda- wołająca turystów z każdej strony. Położona na zboczu góry Misen ( 530 m.n.p.m) widoczna jest praktycznie z każdego miejsca.



Ale jakoś tak się zlożyło, że wcale tam nie dotarliśmy. Za to po drodze zwiedziliśmy najważniejszą na wyspie Świątynie Daishoin. W zasadzie była chyba to najładniejsza światynia jaka do tej pory zwiedziliśmy. Znajdowało się tam wiele ciekawych rzeczy.





Jednym z ciekawszych rytuałów było przesuwanie "puszek" podczas wchodzenia i schodzenia po schodach. Do tej pory zastanawiamy się czy w środku znajdowały się prochy ludzkie. Rytuał ten miał symbolizować pamięć o zmarłych.




Oczywiście jak w każdej świątyni okazji do zostawienia pieniążka było mnóstwo, ale tym razem zrobione były w bardziej atrakcyjny sposób. No i respect czyli obmywanie wodą.




Skarbonka w buzi mnicha - chociaż dla mnie to był krecik ;)



Wyspa Siedmiu Bożków- teraz wiemy dlaczego siódemka jest szczęśliwa :)





Nie można zapomnieć o kapliczkach, przy których można było się pomodlić do brzoskwiń i ananasów w puszkach :)



Po kilkugodzinnej wędrówce skierowaliśmy się w stronę przystani, mijając po drodze po raz drugi Itsuksushima Jinja, tylko tym razem po odpływie.





Zadowoleni i zmęczeni wróciliśmy na przystań, skąd opuściliśmy wyspę. Udaliśmy się do Hiroszimy by tam jeszcze powłóczyć się po okolicy dworca.



Tak własnie minął nam wekend w Hiroszimie.

niedziela, 7 września 2008

Hiroszima- Muzeum Pokoju

Słonko jeszcze ostatkiem sił przebijało się przez chmury, gdy dotarliśmy do muzeum. Zakupiliśmy bilety, pobraliśmy przewodnik i zostaliśmy poinformowani, żeby nie używać lampy podczas robienia zdjęć. Zaraz po wejściu naszym oczom ukazał się pierwszy z wielu telewizorów, na którym wyświetlany był film rekonstruujący tamte wydarzenia.
Oświetlenie, muzyka i wszystko to co nas otaczało pokazywało ogrom tragedii jaka wydarzyła sie 6 sierpnia 1945 roku.




W muzeum spędziliśmy ok 2 godzin i może odezwaliśmy sie do siebie 2 razy. Nie to, żebyśmy mieli ciche dni, ale klimat tego miejsca sprawiał, że wystarczyło spojrzeć się na siebie, by zrozumieć się bez słów.

Tak jak w większości miejsc upamiętniających tragedie, zwiedzających turystów było mnóstwo.



Wydarzenie, które zmieniło świat.

O godzinie 8:15 słonecznego poranka w Hiroszimie pojawił się błysk na niebie...

"Nagle, bez uprzedniego alarmu, pojawił się bardzo wysoko, nad naszymi głowami pojedynczy nieprzyjacielski samolot. Jedna z kobiet krzyknęła: "patrzcie, spadochron!".

Odwróciłam się na ten okrzyk i właśnie w tym momencie przenikliwy błysk zakrył całe niebo."






Niewątpliwie pierwsze pytanie jakie się pojawiło, to "Dlaczego?"
Dlatego, że Japończycy nie chcieli się poddać kapitulacji?
Dlatego, że USA chciało zademonstrować swoją siłę?
Rewanż za Perl Harbor?
A może chęć zapobieżenia śmierci tysięcy amerykańskich żołnierzy w trakcie ewentualnego ataku na główne wyspy japońskie?



Można tak mnożyć pytania, ale jedno jest pewne, Hiroszima została wybrana spośród aż 17 miast. Liczba miast zmalała do 4 na tydzień przed planowanym atakiem. A co zadecydowałoo Hiroszimie? ...Słoneczna pogoda...

Prezydent Truman, który podpisał dokument rozkazujący zrzucenie bomby tłumaczył potem:

"Musieliśmy użyć bomby, by skrócić wojnę i uratować miliony istnień ludzkich"
A co z tymi, którzy stracili życie w czasie wybuchu i w następnych latach na skutek chorób popromiennych?

....

Hiroszima w liczbach:
- do dnia 6 sierpnia 1945 roku zamieszkuje ją 275 tysięcy ludzi
- dnia 6 sierpnia umiera ok. 80 000 ludzi
- do końca 1945 roku liczba zgonów przekracza 140 000 ludzi
- zaktualizowana lista zmarłych w wyniku chorób popromiennych przekracza już 200 000 osób

Widok miasta sprzed 6 sierpnia 1945




Widok po dniu 6 sierpnia 1945




Panorama miasta



Bomba o nazwie Little Boy została zdetonowana na wysokości 580 metrów z siłą około 15 kiloton trotylu.




Siła rażenia sięgnęła ok 5 km. Temperautra sięgająca kilka tysięcy stopni robiła z ciałem człowieka co chciała.

"Co było pierwsze: błysk czy huk wybuchu, który zdawał się rozdzierać mnie na kawałki? Nie pamiętam. Rzuciło mną o ziemię i natychmiast świat zaczął się walić wokół mnie, na mnie, na moją głowę. Przestałam cokolwiek widzieć. Zaczęłam dość mocno pocierać sobie nos serwetką, zawieszoną przy pasku. Nagle z przerażeniem spostrzegłam, że na serwetce pozostały kawałki skóry z mojej twarzy.... Ach! I skóra z moich rąk, i skóra z ramion również zaczęła odpadać."
wspomnienia ofiary tamtych wydarzeń









W czasie wybuchu 2,5 letni chłopiec jeździł tym rowerkiem na podwórku przed domem...



Żurawie składane przez Sadako SASAKI w czasie walki z białaczką...



Po blisko dwu godzinnej wizycie w muzeum zakończyliśmy lekcje historii wybuchu bomby atomowej w Hiroszimie. Była to dosyć smutna, ale jakże ważna lekcja. W ciągu kilku sekund wyparowało całe miasto, po ludziach i budynkach pozostał tylko popiół...

W jednej chwili, jedna bomba, zmiotła jedno miasto- zmieniając wszystko.

Po wyjściu, tym razem w deszczu utrwaliliśmy jeszcze znajdującą się tuż obok fontannę i kamienną płytę. Potem ruszyliśmy do centrum w poszukiwaniu jedzonka, bo mimo wszystko troche nam się zgłodniało.





Dopiero po około 40 minutach znaleźliśmy pierwsza godną restauracje, nie licząc MakShita i Lotteri (też hamburgerownia). Wybór padł na włoską knajpkę.
Nie dość, że najtańsza w jakiej byliśmy (niestety tutaj italiano sie ceni) to obsługa ekspresowa, no i co tu wiele mówić porpostu Oishi (wyśmienite).



Zmęczeni aczkolwiek szczęśliwi, że mogliśmy zobaczyć to co widzieliśmy My i teraz Wy ruszyliśmy do hotelu na zasłużony odpoczynek... bo to jeszcze nie koniec wekendu w Hiroshimie :)

sobota, 6 września 2008

Hiroszimy ciąg dalszy...ale nie ostatni

Po dotarciu na zamek okazało się, że wcale tego zamku już nie ma... Oto co z niego zostało po wybuchu bomby w sierpniu 1945.



Cały teren zamku otoczony jest fosą i wysokim murem, świetnie utrzymany park w środku i o dziwo prawie żadnych turystów. Przed wybuchem bomby cała posiadłość niczym forteca musiała dawać spore poczucie bezpieczeństwa, jakby się wtedy wydawało.



Ani fosa, ani wysoki mur nie pomógł przetrwać od oddalonego o ok 2 km epicentrum wybuchu. Jak się potem dowiedzieliśmy temperatura w tym miejscu sięgała ok 3000 stopni celsjusza..

Nie mogło zabraknąć w tym miejscu tablicy pamiątkowej ku pamięci ofiar wybuchu oraz oczywiście drewnianego zamku Hiroshima-Jou odbudowanego w 1958 roku, w którym obecnie mieści się muzeum historii Hiroszimy.





Po duchowym oczyszczeniu przyszła pora na chwilę odpoczynku i małą konsumpcję :)
Lody pychotka, a sposób w jaki one powstały niesamowit, niestety brak zdjęć bo pani sklepikowa mogła by nie zrozumieć po co nam te foty :) Ale tak w skrócie, najpierw pani wyjęła z zamrażarki pudełeczko z lodami, położyła je na podstawce z dziurką, podstawiła pod dziurkę wafelek, chwyciła za wajchę, która ścisnęła pudełeczko i przez dziurkę wyciskał się truskawkowo smietankowy lód, który wyglądał tak :)



Do wyboru było 5 smaków, jakich ciężko powiedzieć, mój napewno był truskawko-śmietankowy, a dżordżyk zamówił yy ciemno fioletowy, czyli "winogronowy". Po spróbowaniu mojego nastąpiła wymianka, oczywiście na moją nie korzyść, bo owszem lód był smaczny, ale było go zdecydowanie mniej niż mojego :)



Tuż za naszymi plecami stała kolejna świątynia, dzięki ogromnej bramie trudno było jej nie zauważyć.

Świątynia shintoistyczna




Czysta woda zdrowia doda..



...a pieniążek ze szczęściem się wiąże...czyli poprostu wrzuć monetę, wrzuć monete...




Nadciągnęły brzydkie chmury więc czas zawijać się do głównego punktu wycieczki.




Hmmm.. tylko gdzie ja zaparkowałem swojego rumaka....oo znalazł się :)



Statyw znaleziony to i wspólna fotka musi być.



W drodze do Muzeum Bomby Atomowej...z serii prawie.

...prawie shinkansen



...prawie "wyblakła popcia" ? yyy chyba nie tym razem :) Ale oczka miała ładne.



...prawie jak we Wrocławiu



No i wyzwanie nr 3. Dla kogo? dla wszystkich którzy tego chcą ]:->



Dla używających szkieł :)



Dotarliśmy na miejsce. Najsynniejszy budynek w Hiroszimie- Kopuła Bomby Atomowej.
Pewnie nie tylko my widzieliśmy ten budynek w podręcznikach od historii, ale na żywo robi ogromne wrażenie. Może troche zbyt przygnębiające, ale bardzo wymowne.



Do poranka z dnia 6 sierpnia 1945 był to Pawilon Promocji Przemysłu w Hirosimie, teraz pozostaje w takim stanie, w jakim był po wybuchu bomby. Epicentrum wybuchu bomby znajdowało się 100 m na południowy wschód od pawilonu. W tym miejscu temperatura w chwili wybuchu sięgała 5000 stopni celsjusza.








Pomnik Dzieci Bomby Atomowej

Pomnik ten nosi imię dziewczynki- Sadako SASAKI, która w uniesionych dłoniach trzyma żurawia. W Japonii żuraw jest życzeniem "szybkiego powrotu do zdrowia". Legenda nosi, że jeżeli ktoś złoży 1000 papierowych żurawi to jego życzenie się spełni. Sadako miała 2 latka kiedy została napromieniowana wybuchem bomby. W wieku 10 lat zaczęła chorować na białaczkę. Przez 3 miesiące składała żurawie, wierząc, że przeżyje. Zmarła tak jak wiele innych bezbronych ofiar wybuchu. Miliony osób na całym świecie robi papierowe żurawie i wysyła je do Japonii składając w ten sposób życzenie tym, którzy przeżyli wybuch bomby atomowej.





W samym centrum Parku Pokoju, znajduje się prostokątny staw, pośrodku którego pali się Płomień Pokoju. Zostanie on zgaszony w chwili kiedy zniknie ostatnia bomba jądrowa... co chyba nie nastapi nigdy..



Przed muzeum Pokoju znajduje się Pomnik z nagrobkiem upamiętniającym ofiary wybuchu. Został on zaprojektowny przez Tange Kenzo- japoński architekt, nie mylić z perfumami :)

Przy pomniku znajduje się grobowiec, w którym umieszczone są nazwiska ofiar. Na płycie nagrobkowej widnieje napis:

"Pozwól im odpoczywać w spokoju, bo my już nigdy nie powtórzymy tego zła, przez który oni odeszli."





Optymistycznie patrząc na to co nas otacza i na masę ludzi, która stara się zrozumieć co tu się stało ruszyliśmy w kierunku Muzeum Pokoju. W kolejnej odsłonie dowiecie się co tam zobaczyliśmy... myślę, że warto tu zajrzeć.